Po raz kolejny decyduję się na to, by wyruszyć w drogę. Czuję lekkie zwątpienie, bo kapiący nieustannie na głowę deszcz zniechęca do dalszego marszu i podsuwa natrętną myśl o powrocie. Obawiam się wilgotnego podłoża, które utrudni odpoczynek, wędrowania w narzuconym rytmie oraz kilometrów niepewności. Mimo wszystko idę krok w krok podążając za grupą na tym szlaku pełnym nadziei, ale także niewiadomych. Poznaję nowe osoby i witam się z tymi, których już znam. Mam poczucie, że wróciłam do czegoś znanego, czegoś, co zabiera niepewność i budzi ciekawość, mobilizując do tego, by iść dalej. Pamiętam o pięknych chwilach z ludźmi, którzy są obok mnie i mam nadzieję, że do kroniki naszych wspomnień zapiszą się nowe zdarzenia.
Intuicja mnie nie myli. Spędzam czas ze znajomymi i włączam się w życiodajne rozmowy.
W między czasie wspólnie z nimi poznaję nowe osoby i jednocześnie poszukuję towarzystwa bliskiego memu sercu. Wydaje się, że więź, która zawiązała się podczas wcześniejszych wędrówek ma szansę dopisać kolejne rozdziały historii przypominające przygody Trzech Muszkieterów. Dostrzegam, że życie zaczyna pisać inne scenariusze, bo nasza grupka (przypominająca Trzech Muszkieterów) zaczyna się powiększać. Pomimo że historia naszej znajomości zaczyna ewoluować, reguła Trzech Muszkieterów – „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego” – pozostaje niezmienna.
Po nocy przespanej w duchu braterstwa poranek zaczyna rządzić się zupełnie innymi prawami. Przestajemy podążać za sobą krok w krok. Tempo ogarniania bieżących spraw nie jest zsynchronizowane. Nowe osoby wprowadziły do tej grupki zupełnie inną dynamikę. Przestaję czuć się jej częścią. Dostrzegam to, jak bardzo oddalamy się od siebie. To, co budowało przyjazną atmosferę, zaczyna wiać czymś nieznanym, co skłania mnie bardziej do izolacji, niż trwania w fikcji braterskiej przyjaźni. Stopniowo, z każdym kolejnym krokiem czuję, że oddalam się od tej grupki. Częściowo z własnej woli, a trochę podążając za oczekiwaniami tych osób, które coraz rzadziej włączają mnie w życiodajne rozmowy. Na początku jest mi z tym trudno, bo myślę o dobrych chwilach, które są za nami i o braku perspektywy na budowanie nowych wspólnych historii w poszerzonym składzie. O tym, że oddalając się od grupki zaczynam iść w samotności. Zmęczenie i cisza sprawiają, że pojawia się kryzys. Coraz częściej myślę o tym, by zawrócić z tego szlaku i znaleźć się w towarzystwie bliskich i przyjaznych mi osób. Im bardziej doświadczam silnych emocji, tym bardziej się izoluję. Trwa wewnętrzna walka. Chcę dojść do celu tej drogi i jednocześnie myślę o poprawie swojej sytuacji, o tym, że w domu może być bezpieczniej i spokojniej. Milczenie zaczyna być lekarstwem, które przynosi ukojenie i podnosi na duchu. Dzięki niemu możliwe jest pokonywanie kolejnych kilometrów. Mimo to czuję, że brakuje mi radości i pogody ducha. Nie do końca czuję się sobą. Od zawsze byli i są ze mną ludzie, a tu nagle, zupełnie niespodziewanie zaczynam się izolować. Wiem, że muszę się otworzyć na osoby wędrujące obok mnie, bo wtedy łatwiej mi będzie poradzić sobie z kryzysem. Jednocześnie zranienia, zawiedzenie i bieżąca sytuacja niezgodna z moimi oczekiwaniami doprowadzają do tego, że trudniej mi mówić o tym, co przeżywam, tak na serio, z pełną autentycznością i szczerością.
W pewnym momencie uświadamiam sobie, że potrzebuję jakiejś zmiany. Cały czas podążam za grupą ludzi i przyjmuję dzień takim, jakim się wydarza, a nie jakim chcę, żeby był. Nagle zaczynam słyszeć melodię, która niweluje mój kryzys i pozwala otworzyć się na to, co nowe. Doceniam gesty kierowane w moją stronę przez osoby poznane na szlaku bogatym w nadzieję. Czerpię radość z tego, co dzieje się tu i teraz. Przestaje myśleć o stracie relacji, które okazały się być nietrwałe, jak piasek na wietrze, zaczynam doceniać to, co zyskałam pozornie tracąc coś innego.
To doświadczenie pokazuje mi, że czasami niektóre osoby pojawiają się w życiu tylko na jakiś określony moment. Trudno jest wędrować z ludźmi, którzy są mentalnie w innym miejscu i o innym czasie. Życie się zmienia, a wraz z jego modyfikacjami, metamorfozom ulegają nasze potrzeby i cele. Nie zawsze możliwe jest zsynchronizowanie oczekiwań między ludźmi. W efekcie naturalną zmianą mogą być nowe znajomości, które dają perspektywę pozostania sobą. Z takimi przemyśleniami docieram do celu. Przeżyty kryzys daje mi poczucie sensu i wzmacnia moją odporność.
