Trwają najdłuższe wakacje w życiu. Pasmo wielogodzinnych rozmów i poszukiwania sposobów na zabicie nudy z tymi, którzy byli najbliżsi podczas szkolnych zmagań. Jednak sielski klimat burzy perspektywa przeprowadzek. Tak trudno biec za marzeniami i jednocześnie zatrzymać to, co najcenniejsze – (szkolne) relacje. Wraz z rozpoczynającymi się studiami, naturalne stają się rozstania z ludźmi będącymi do tej pory w centrum mojego życia towarzyskiego. Niby relacje są te same, ale perspektywa odległości między miastami podpowiada, że nic nie będzie takie jak wcześniej. Jak ucieszyć się ze zmiany, która coś daje i równocześnie coś zabiera? Jak podążać za marzeniami z poczuciem straty?
Chcę, by pożegnanie tego etapu życia kosztowało mnie mniej emocji niż słowa, które doprowadzają do łez. Zmiana generuje poczucie lęku, który ma różne oblicza w zależności od towarzystwa, w którym się gości. Odpowiedzią na pojawiający się lęk, jest pomysł prowadzenia korespondencji listowej. To działa jak kotwica, która pozwoli nam utrzymać znajomości, mimo dzielącej nas odległości między miastami. Do Krakowa. Do Łodzi. Do Wrocławia. Jednocześnie tradycyjny list będzie niczym spotkanie. Selekcjonowanie pocztówek lub wybór papeterii. Odręczne pismo. Porządkowanie myśli i ich zapisywanie. Wreszcie adresowanie koperty, wyjście na pocztę i wysłanie listu, by wyruszył w świat, jest jak rytuał spotkania na miarę dzielącego nas dystansu, który wymuszają przeprowadzki. Okazuje się, że listy przeganiają tęsknotę i porządkują rozpryskujące odłamki zmartwień. Korespondencje, które prowadzę, stają się lekarstwem na aktualną sytuację. Pomagają utrzymać znajomości i odnaleźć się w tym, co nowe. Słowa spisane w listach są od serca, błyszczą szczerością i autentycznością zwierzeń. Każda koperta przynosi w swoim wnętrzu coś innego. Jedne listy relacjonują bieżące zdarzenia, inne rozpromieniają dzień refleksją i dobrą myślą, kolejne opisują świat emocjonalny nadawcy i są jak poplątany labirynt, który pozwala zrozumieć siebie. Niezależnie od treści stają się upominkami, które cieszą. Tworzenie takiego upominku jest rytuałem wymagającym myślenia o osobie, do której kierowane są słowa, dlatego korespondencja wzmacnia więzi, pomimo fizycznej odległości. Spisane na kartce papieru zdania mają ogromne znaczenie, dlatego odczuwany dystans znika.
W końcu spełnia się moje marzenie, otrzymuję od rodziców prezent – sekretarzyk. Jest dla mnie miejscem, w którym mogę zatrzymać czas i powrócić pamięcią do minionych zdarzeń. To przechowalnia wspomnień i dobrych myśli. Ten mebel jest jak skrzynia przepełniona różnorodnymi emocjami. Przechowuję w nim te listy, które zapisały się głęboko w moim sercu i dlatego pozostawiam je w formie papierowej. Sekretarzyk jest sekretnym miejscem, do którego dostęp mam wyłącznie ja. To kolekcja słów, które są żywe. To wulkan różnorodnych emocji. Wehikuł, który opisuje mnie i ważne dla mnie osoby.
W końcu nadchodzi moment, że i ja doświadczam przeprowadzki. Wraz z perspektywą mieszkania w innym mieście, decyduję się na zabranie kilku najważniejszych kartek ze sobą, tak, by w kryzysowych momentach było ze mną słowo, które mnie wzmocni. Jednak zdecydowana część zapisanych na papierze słów pozostaje w sekretarzyku, który znajduje się w moim pokoju, w domu rodzinnym. Nawet kolejna przeprowadzka nie jest w stanie sprawić, żeby sekretarzyk wraz z zawartością został przestawiony w inne miejsce. Listy zakorzeniły się w nim, a sam mebel wpasował się w miejsce, tak jak drzewo wrośnięte w ziemię w ogrodzie. Nie ma siły, by korzenie zostały wyrwane. Każdy skrawek papieru ma wartość i budzi szacunek.
Powroty do listów i ich powtórne odczytywanie rodzą niedowierzanie, że takie zdania w tamtym czasie mogły wybrzmiewać. Niektóre listy wskazują na dojrzałość, jaka płynęła z tej korespondencji. Pokazują też, że pisanie listów ma formę quasi-terapeutyczną. Wspomnienia, które budzą się pod wpływem czytania zapisanych zdań, są jak lawa, która rozgrzewa uśpione emocje, zaskakując mnie w teraźniejszości. Najlepszą opcją staje się więc podtrzymywanie ciepłych wspomnień, ograniczając się wyłącznie do przechowywania zakorzenionych w sekretarzyku słów. Rzadko decyduję się na otwieranie tego, co wydaje się skarbem przeszłości.
Żyję w biegu. Na horyzoncie pojawiają się nowe zdarzenia i lądy, które odkrywam. Sekretarzyk jest kotwicą, która sprawia, że niezależnie od zmian, które zachodzą, czuję, że rodzinny dom jest bezpieczną przystanią, do której zawsze mogę wrócić i jednocześnie świadkiem historii mojego życia. Mogę uczestniczyć w zmaganiu się z codziennością, jednocześnie czując spokój i bezpieczeństwo, które daje mi dobrze znana przestrzeń.
I nagle całą tę harmonię zalewa perspektywa remontu, która wdziera się także do zamkniętej skrzyni wspomnień. Przedłużam moment rozpoczęcia porządkowania sekretarzyka, by nie zmagać się z lawiną uczuć związanych z powrotem do przeszłości. Jednak klamka zapadła, żadne argumenty nie zatrzymają nadchodzącej metamorfozy mieszkania. Czy naprawdę jest to konieczne? Najpierw porządkuję to, co nie sprawia mi trudności i nie parzy jak gorąca lawa. Czuję, że stopniowe posuwanie się w głąb, do korzeni drzewa, które stało się świadkiem tylu zdarzeń i z taką dokładnością mnie opisuje, jest wyczerpujące i stanowi spore wyzwanie. Odkładam to na potem.
W końcu nadchodzi ten dzień, zaczynam porządkować przechowywane w sekretarzyku słowa. Łzy zalewają kartki. Dostrzegam ogrom wsparcia, które jest potężne jak najwyższe góry świata. Widzę, na ilu lądach byłam, ile osób było kiedyś dla mnie ważnych, a ile z tych osób pozostało w moim świecie dziś. Ta świadomość wzrusza mnie i jednocześnie smuci. Dostrzegam, że żadna relacja nie jest dana raz na zawsze. Ludzie odpływają jak statki podróżujące do różnych portów. Nie zawsze możliwe jest zatrzymanie się dwóch lub więcej statków w tym samym porcie. Ten bilans sprawia, że dostrzegam ulotność chwil i emocji. Wraz z ocieraniem łez, zaczynam rozumieć, że niektóre słowa zdążyły się zdezaktualizować.
Listy opisują jedynie perspektywę ważną w danym momencie. Znając następstwa zdarzeń, zauważam zmiany, które zaszły na przestrzeni czasu. Czytanie listów nie daje mi tej radości, co wcześniej. Zdania straciły swoją ważność. Powrót do korespondencji z przeszłości przypomina czytanie wczorajszej gazety. Opisywane trudności zamieniły się w poczucie spełnienia i szczęścia. Przeprowadzki zaowocowały większą świadomością siebie i zdobyciem nowych umiejętności. Niektóre życzenia zawarte w listach, przeterminowały się. Ta obserwacja doprowadza mnie do zmiany w myśleniu o sekretarzyku.
Nie może być on przechowalnią tego, co nieaktualne. Nie powinien gromadzić opisów nieszczęścia z przeszłości tych, którzy rozpisywali się o tym, co trudne. To tak, jakby ważniejsza była fikcja zamiast rzeczywistości lub moment kryzysu bez wyjścia z niego i pokonania jakiegoś wyzwania. To tak, jakby celebrować nieszczęście zamiast szczęścia.
Po gorącym wybuchu wulkanu emocji i spływającej lawie wspomnień i wzruszeń, przychodzi poczucie spokoju. Podejmuję decyzję o tym, by wyselekcjonować słowa, które zachowam. Zawartość sekretarzyka dzielę na dwa stosy. Jeden z kartkami i pocztówkami, które zostaną zarchiwizowane, bo stanowią solidne korzenie drzewa wspomnień i są jak promyki słońca witającego nowy dzień. Drugi stos wymaga spalenia, bo słowa są zdezaktualizowane. Uprządkowanie zgromadzonych w sekretarzyku zdań jest triumfem nad czasem, który uczy jak żyć. Jednocześnie zaczynam wierzyć, że liczy się tu i teraz, to z kim jestem dziś w konkretnym miejscu, a nie to, co było wczoraj. Uporządkowanie słów pozwala dostrzec zmiany i nadać pierwotną wyjątkowość prezentowi, który zatrzymuje czas. Jednak z przewagą tego, co pozostało dobre z minionych lat.
