Trwa wiosna, dająca nadzieję na odbycie rozmowy innej niż poprzednie. Z kimś ważnym, a zarazem oddalającym się. Wreszcie możliwe jest usłyszenie innych słów, takich których wcześniej brakowało. Zadaję sobie pytanie, jak to możliwe, że różne perypetie nie doprowadziły jeszcze do zakończenia tej relacji? Przypadkowe spotkania, rozmowy rozpoczynające i kończące się w odpowiednim dla siebie czasie przez ponad dekadę utrzymywały więzi, które mogły zostać już dawno utracone i zastąpione nowymi znajomościami. Pomimo zachodzących zmian wydaje się, że pamięć o stałości niezniszczalnej więzi, wciąż utrzymuje tę relację przy życiu, jak dopływ tlenu płonącą świecę, która nie gaśnie.
Niestety toczące się życie nie pozwala zatrzymać czasu, cofnąć go lub przyspieszyć tak, by płomień świecy był mocny i jaśniejszy. Wiem, że niektóre zmiany pociągają za sobą kolejne. Sprawia to, że melodie rozbrzmiewające w symfonii są już inne. Niektóre tony na zawsze znikną, a inne pozostaną jedynie cichym szeptem. Dostrzegam, że to co ważne i wartościowe zatraca się w zbyt ostrym brzmieniu, niepasującym do mojej melodii życia. Słyszalna wyraźnie dysharmonia wskazuje na konieczność pojawienia się jakiegoś nowego harmonicznego rozwiązania, by jakoś zakończyć symfonię. W całym tym galimatiasie doświadczam wewnętrznego rozdarcia. Wyobrażenia nie łączą się z tym, co rzeczywiste.
Gromadzące się nieprzyjemne dźwięki doprowadzają do punktu kulminacyjnego tego utworu. Uświadamiam sobie, że poszczególne słowa tej rozmowy wyjaśniają to, co do tej pory było niezrozumiałe. Okazuje się, że przez całą dekadę zabrakło konkretnych słów. Zabrakło jednoznacznych gestów. Zabrakło spojrzenia w tym samym kierunku. Zabrakło decyzji we właściwym momencie. Te rzeczy sygnalizują, że niestety nadchodzi koniec tej znajomości. Już za późno na zmianę kierunku drogi.
Z poczuciem, że serce bije nierytmicznie, wbiegam do księgarni. Na półce dostrzegam książkę „Mały Książę”. Momentalnie czuję, jakbym wróciła do czasów szkolnych przypominając sobie, że ta znajomość pojawiła się w moim życiu, właśnie wtedy, gdy czytałam tę lekturę. Odtwarzam w głowie wszystkie sytuacje, które tworzyły tę relację. Zaczynam rozumieć, że pomimo zachodzących zmian i innego kierunku drogi, niektóre znajomości są jak drzewo, które nigdy nie zostanie złamane podczas burzy. Jak obraz, zaszyfrowany w słowach, który widoczny jest tylko sercem. W tym momencie pojmuję, że siła tej znajomości tkwi w umiejętności milczenia. Takie wsłuchiwanie się w siebie nawzajem i w świat wibracji pozbawionych słów jest możliwe tylko wtedy, gdy wytworzyła się silna, emocjonalna więź. To jak widok gwieździstego nieba, które jest pośrednikiem w tworzeniu wyobrażeń widocznych tylko dla serca. Pomimo zachodzących zmian i fizycznej odległości pozostaje duchowa więź, którą trudno zatracić nawet wtedy, gdy kręgi życia nie poruszają się na jednej orbicie. Ten moment zaczyna być iskrą, która tworzy Towarzystwo Gwieździstej Nocy, grupę ludzi, którzy pomimo odległości potrafią być obok siebie.
Nie zawsze są widzialni dla oczu, jednocześnie stale są w sercu. Są jak planetoidy, które krążą po orbicie wokół planety. Od tej pory wpatrywanie się w niebo zaczyna być moim pośrednikiem w bezsłownej komunikacji z ludźmi, dla których emocjonalna więź, niezależnie od różnych perypetii, nie została zatracona. Ten widok nieba jest zwierciadłem dla niewidzialnych oczu duszy. Zmieniające się kolory nieba i migoczące gwiazdy to porozumiewawcze spojrzenia ludzi, którzy nie potrzebują słów, by rozumieć swoje emocje i widzieć sercem.
Godziny rozmów i tysiące wspólnie przemilczanych minut zbudowały więzi z ludźmi, dla których widok nieba stał się specyficznym kanałem komunikacyjnym, ważniejszym od słów. To daje poczucie spokoju i pewność, że niezależnie od okoliczności i zachodzących zmian, niektóre relacje zawsze będą widoczne na rozświetlonym gwieździstym niebie, które przypomni o tym, że „dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu.”
