Jest 24 sierpnia 2024 roku. Zgodnie z ustaleniami ja wraz z innymi osobami głodnymi rozwoju mamy wypłynąć w rejs ze Szczecina na Bornholm. Załoga dociera na miejsce zbiórki. Trwają ostatnie przygotowania przed wypłynięciem. W tym momencie doświadczam ekscytacji, ale jednocześnie niepewności. Czy naprawdę chcę opuścić ląd? – pytam samą siebie. Pomimo odczuwanego lęku przed wejściem na pokład odwaga jest jednak większa, niż myślałam. Czuję, że rejs będzie ważnym punktem zwrotnym w moim życiu. Mam przekonanie, że doświadczenie morza sprawi, że kłębiące się fale niepewności uspokoją się i znajdą w odpowiednich miejscach na mojej mapie życia. Towarzyszy mi myśl, że każdej osobie z załogi wygrywa inna melodia, bo mamy za sobą inne historie, ale jesteśmy tutaj po to, by zmienić coś w sobie i dla siebie, by podążać świetlistym szlakiem w kierunku chcianego.
W kierunku spokoju, otwartości, wiary w miłość i ludzi, balansu, dystansu, odpuszczania… Zaczynam oswajać się z przestrzenią jachtu, towarzyszami podróży, regułami i swoimi niepewnościami. W rytmie spokojnych fal Zalewu Szczecińskiego docieramy do Świnoujścia i wówczas pojawia się w mojej głowie nadzieja, że morze nie wzburzy przede mną fal cierpienia, bólu i rozpaczy, ale rozleje fale spokoju; będzie to czas relaksu, nawiązywania znajomości i pracy rozwojowej… W drodze do Świnoujścia zatopiłam przecież wszystko, co niechciane, i dalsza podróż będzie prawdziwym cudem.
Po dniu spędzonym w Świnoujściu wypływamy w nocny przelot na Bornholm. Pierwsze fale zaczynają mnie przytłaczać. Próbuję się czymś zająć. Prowadzę ożywione rozmowy, by odrzucić od siebie myśl, że zaczynam doświadczać choroby morskiej. Niestety obawy zaczynają się stawać się rzeczywistością. Każda fala wywołuje mdłości. Zapominam o celu podróży, o niezwykłych widokach, o otaczających mnie ludziach, o tych, którzy życzą mi dobrze. Z każdą kolejną minutą jest coraz gorzej. Słońce chowa się za horyzontem i od tej pory noc zaczyna potęgować we mnie strach. W prawie każdej fali widzę to, co utracone, niespełnione, co przytłacza i wywołuje smutek. Poczucie beznadziei miesza się z naparstkiem nadziei i wiary, że ten koszmar się skończy i wróci piękno podróży. Ogarnia mnie jednak przede wszystkim płacz i krzyk: „kiedy to się skończy!?”. To zdanie powtarzam jak mantrę, tak często i głośno, że słowa zapadają w pamięć prawie całej załogi. Czuję, że jestem targana przez żywioł wody, jestem na szlaku, z którego nie ma ucieczki. Próbuję się jakoś ogarnąć. Chcę zobaczyć w falach piękno, docenić blask księżyca i spadające gwiazdy, których nie widzę, bo łzy zamazują mi jeden z najpiękniejszych morskich obrazów. W momencie, gdy toczę walkę ze swoim samopoczuciem i natłokiem myśli wirujących niczym karuzela, doceniam troskę załogi, która choruje razem ze mną. Wówczas myślę o tym, że mogę biernie tkwić w stanie próby akceptacji braku kontroli lub mogę spróbować przetrwać ten przelot, podejmując jakiekolwiek działanie. Przypomina mi się konkretne doświadczenie, które jest jak światło mijanej latarni morskiej. I nagle wiem, czego potrzebuję, co pozwoli mi spojrzeć na tę sytuację trochę inaczej. W rytm moich myśli, zza szumu wiatru i dźwięku pluskającej wody dociera do mnie pytanie: „co mogę dla ciebie zrobić?”. A ja odpowiadam: „potrzebuję człowieka, nie chcę być tutaj sama”. Wówczas tuż obok mnie siada człowiek z załogi i jest jak podpora, która podtrzymuje upadającego.
Ta obecność daje mi spokój i poczucie bezpieczeństwa. Zaczynam rozumieć, że łatwiej jest cierpieć w towarzystwie niż w samotności. Mdłości wciąż trwają, ale zaczynam postrzegać je inaczej, jako coś, co wpisane jest w ryzyko podróży. To doświadczenie pozwala mi zaakceptować lęk i słabość.
W wirującym wiadrze wyrzutów mdłości topię niezależność i pozwalam sobie pomóc. W tym momencie widzę na horyzoncie nadzieję na powrót do równowagi. Zauważam, że stawanie się sobą tkwi w budowaniu relacji z ludźmi, którzy są moimi sprzymierzeńcami w realizowaniu celów podróży i w drodze do samej siebie. Zaczynam jeszcze lepiej rozumieć to, że marzenia zaczynają nabierać sensu, gdy na naszej drodze w odpowiednim miejscu i czasie pojawiają się ludzie mający w sobie wiele wyjątkowości… I wtedy zamiast strachu pojawia się więcej odwagi.

1 Comment
Gosia
W piękny sposób opowiedziana podróż. Opowiadanie, które może pozostać z człowiekiem na dłużej.