Oczy załogi jachtu Silesia wpatrują się w spokojne wody Zalewu Szczecińskiego, w krajobraz, który mijamy. Żegnamy ląd, by zatopić się w doświadczenie rozwoju. Myśli krążą wokół tego, co zostawiamy. Po chwili zamieniają się one w rozbiegane rozmowy. Nawiązują się znajomości. Uczucie spokoju przemienia się w galop pomiędzy odpoczynkiem, pracą rozwojową a wykonywaniem obowiązków żeglarskich. I wtedy uświadamiam sobie, że jestem częścią załogi, a rejs stał się rzeczywistością. Zakładam konieczność włączenia się w każde działanie, którym mam się zająć. Jednak statek w moich oczach przypomina mgłę pełną poplątanych lin i węzłów. Polecenia kapitana brzmią jak obcy język, a proste czynności wydają się pasmem skomplikowanych ruchów. Jednak po chwili dostrzegam, że nie jestem z tym sama. Przy każdym swoim działaniu czuję wzrok aniołów w ludzkiej postaci. Ich doping jest niebiański. Każda żeglarska i życiowa trudność zaczyna się rozplątywać, a mgła zamienia się w świetlistą drogę mleczną lub promienie porannego słońca.
Niesiona na fali niebiańskiego dopingu zaczynam wierzyć, że żeglarskie wyzwania mogę pokonać. Trwa moja wachta nawigacyjna. W tym momencie obowiązkowość wygrywa z realną oceną moich kompetencji. Uznaję, że obecny sternik musi odpocząć, a ja czuję w sobie gotowość do przejęcia steru. Z chwilą, gdy to robię, uświadamiam sobie, że popełniłam błąd. Jest noc! Z trudem dostrzegam światła, które podpowiadają mi, jak płynąć. Walczę z utrzymaniem właściwego kursu, by statek nie zaczął wirować niczym karuzela. Walczę z wiatrem i falami. Załoga współpracuje lepiej niż żywioł, którego nie ogarniam. Kapitan uświadamia mi, że mam ster w ręku, a to oznacza, że mam wpływ na nadanie kierunku współpracy. Ta myśl zaczyna wirować we mnie zbyt intensywnie. Przeraża mnie branie odpowiedzialności za zachowanie odpowiedniego kierunku. To tak jakby bezpieczeństwo załogi było w moich rękach. Emocje stają się zbyt intensywne, co nie ułatwia utrzymania spokoju. To kluczowe w zachowaniu odpowiednich proporcji w dokręcaniu i odkręcaniu steru, tak by statek poruszał się niczym akrobata na równoważni i nie zakłócał odbioru rzeczywistości. Krajobraz jest imponujący. Blask świateł wybucha z aparatów próbujących zatrzymać te chwile. I wtedy nawigacja jest jeszcze trudniejsza. Zaczynam rozważać kapitulację. Jednak walka wciąga mnie coraz bardziej. Moje oczy wypatrują kolejnych drogowskazów, które mijamy. Dostrzegam światła latarni i walczę z utrzymaniem kierunku kursu pomimo obaw. Wydaje się, że płynność zostaje zachowana, a moje emocje są łagodniejsze. Wpatruję się w blask świateł na horyzoncie. I nagle słyszę głos kapitana: „gdzie płyniesz?”. Naprawiam sytuację czym prędzej i wyjaśniam, który punkt jest moim drogowskazem. Po chwili okazuje się, że wpatruję się w światła, które są dalej i pomijam te bliższe, które wyznaczają nasz szlak. Wyjaśnienie obrania niewłaściwej perspektywy staje się katalizatorem umożliwiającym dalsze sterowanie. Obecność aniołów w ludzkiej postaci nie pozwala mi się poddać. Ich podpowiedzi sprawiają, że nabieram pewności i płynę razem z wiatrem. Emocje stają się łagodniejsze, a ja zaczynam czerpać przyjemność ze sterowania.
W walce z utrzymaniem równowagi statku i właściwego kursu widzę ważną prawdę życiową. Myślę o tym, że trzeba kierować się do tego, co bliżej, a nie dalej, i o tym, że działający z opóźnieniem ster uczy konieczności przewidywania zdarzeń i cierpliwości. Rezultat wymaga czasu i zachowania odpowiednich proporcji w podejmowanych działaniach. Ta lekcja rezonuje we mnie podczas kolejnych wacht nawigacyjnych i podejmowanych decyzji życiowych.
