Skip to content Skip to footer

Mapa Mamy ze szlakami wzmacniającymi odwagę

Był rok 2009, taki zwyczajny, składający się z codziennych, przewidywalnych zdarzeń. W tej normalności Mama zaczyna marzyć… o przebyciu górskiej trasy, która wyznaczy kolejne cele rodzinnych wędrówek. Zdobycie Korony Ziemi na ten moment brzmi nierealnie, dlatego idea zostaje zastąpiona bardziej realnym pomysłem. W świetle matczynej fantazji, na jednym z górskich szlaków dowiadujemy się o istnieniu Klubu Zdobywców Korony Gór Polski. Wymiana spojrzeń i porozumiewawczych gestów między mamą a córką, decydują o dołączeniu do grona klubowiczów.

Zaraz po otrzymaniu klubowej odznaki i książeczki umożliwiającej przypieczętowanie zdobycia 28 szczytów zaliczonych do Korony Gór Polski, wyruszamy. 30.08.2009 roku zdobywamy wspólnie Wielką Sowę, stosunkowo łatwy szlak mobilizuje mnie do dalszego wędrowania, a górskie kamienie nie stanowią większej przeszkody. Podczas kilku wędrówek pod hasłem zdobywania Korony Gór Polski można poczuć zew przygody i nowości, co mobilizuje do działania.

Niespełna rok później docieramy na szczyt Babiej Góry, zwanej Diablakiem. Na naszych oczach rozpoczyna się spektakl pogodowy, którego akcja zaskakuje. Grzmoty słyszalne z oddali i ulewa skłaniają do skorzystania z kamiennego schronu na szczycie góry. Jednocześnie rozsądek podpowiada jak najszybsze opuszczenie tego miejsca i ucieczkę przed burzą w stronę lasu. Perspektywa zejścia z góry usypanej kamieniami jest nie lada wyzwaniem. Tata zbiega w pędzie błyskawicy, by nadać odpowiednie tempo. Mama wspiera mnie w bezpiecznym zejściu, trzymając za rękę i jest jak kompas, który nawiguje. Uścisk dłoni Mamy dodaje mi pewności siebie i pomaga w zmniejszeniu strachu. Nagle kamienie osuwają się pod naszymi nogami. Mama  puszcza moją rękę. Dla mnie jest to jak zerwanie liny, która prowadzi do bezpiecznego zejścia. Jednocześnie rozumiem, że narastający strach muszę zwalczyć sama, bo ta droga wymaga samodzielności, inaczej zakończy się ona upadkiem nas obu. Toczę wewnętrzną bitwę sama ze sobą. Jednak kolejne kroki prowadzą mnie powoli do szczęśliwego zejścia. Gdy zorientowałam się, że pokonałam strach wówczas dostrzegłam, że niemal pod moimi stopami rozciąga się łuk tęczy. Dalsze schodzenie z Babiej Góry nie przypominało już drogi wychodzenia z ciemnej jaskini strachu, lecz jasną ścieżkę prowadzącą w stronę światła…

To światło kieruje mnie w stronę zdobywania kolejnych szczytów Korony Gór Polski i doświadczania mieszanki różnorodnych emocji oraz podejmowania nowych działań. Nie sposób osiągnąć cel bez przejścia drogi, która wymaga czasu. Każdy szczyt hartuje ducha i uczy determinacji.

W połowie pokonywania kolejnych kilometrów czuję, jak Waligóra zwala mnie z nóg. Chcę się poddać, jednocześnie mam w sobie przekonanie, że rezygnacja byłaby ze szkodą dla tego, co wpisuje się do naszej rodzinnej opowieści.
Czy jakikolwiek sens ma teraz zejście z tej drogi bez  zdobycia kolejnego szczytu z Korony Gór Polski? To tak jakby pewna historia nie miała pozytywnego zakończenia, pomimo że okoliczności temu sprzyjają. Decyduję się zmierzyć ze znudzeniem, zniechęceniem, zmęczeniem… Wraz z przyjęciem tego, co trudne, zaczynam coraz bardziej doceniać uroki górskich szlaków.

Po stoczonej walce ze swoją niecierpliwością, w końcu nadchodzi ten dzień – 08.08.2013, kiedy przystępujemy do realizacji ostatniego celu – zdobycia najwyższego szczytu Korony Gór Polski. Właśnie teraz, podczas tej wędrówki  strach miesza się z ekscytacją, a zwątpienie z nadzieją na szczęśliwy finał. Jednak największym paradoksem jest to, że na ostatnim odcinku drogi prowadzącej na wierzchołek Rysów, Mama czuje strach… Wygląda to, jak zawiśnięcie nad przepaścią, w której bez zaufania sobie nie można pójść dalej. Już tak niewiele potrzeba kroków, by spełnić marzenie.
I strach ma to odebrać? Nie pozwalam na to. Reaguję stanowczo i konsekwentnie, a Mama zaczyna walczyć ze sobą, jak kiedyś ja podczas schodzenia z Babiej Góry. Widzę jak role się odwracają. Po stoczonej bitwie, ze strachem w oczach, idziemy ramię w ramię na wierzchołek Rysów. Docieramy na miejsce, a ja łapię głęboki oddech i odczuwam ulgę, wolność, satysfakcję i podziw dla każdego kroku, który doprowadził nas do zdobycia Korony Gór Polski.

Dzięki wcześniej zdobytym szczytom, dojrzałam do świadomego stawiania kroków wtedy, gdy na mojej drodze pojawiają się przeszkody. Doświadczyłam tego, że w ostatecznym rozrachunku nie liczy się osiągnięcie celu, lecz droga pokonywana pomimo strachu. Odwaga wymaga przekroczenia jakiejś części siebie, która wątpi w to, że niemożliwe stanie się możliwym. Marzenie Mamy stało się dla mnie kolejną mapą pozwalającą doświadczać sytuacji wzmacniających odwagę i hart ducha.

Skomentuj